|
Archiwum
Zakładki:
|
czwartek, 23 lipca 2009
O wystawie, a właściwie c.d. rozważań
Niedawno byłam w warszawskiej Królikarni na wystawie fotografii Constantina Brâncuşi’ego ("Constantin Brâncuşi – fotograf"). Wystawionych jest 40 zdjęć (niewiele, w porównaniu z całym dorobkiem artysty na tym polu), mieszczą się one w dwóch salach na górze. Wszystkie zdjęcia zostały wykonane w pracowni Brâncuşi’ego. Fotografie rzeźb - to pomysł, który mnie zaskoczył. Jest w tych pracach (musi być) pewne zwielokrotnienie sztuczności. Trochę tak jak w podejmujących grę z widzem obrazach dawnych mistrzów holenderskich, przedstawiających obrazy w obrazach. Ale tutaj chodzi o coś innego - u Brâncuşi’ego fotografia staje się tu sposobem mówienia o rzeźbach. Jeden rodzaj sztuki służy zatem mówieniu o innym. Rzeźby są fotografowane pojedynczo lub w zestawieniu z innymi - wówczas wchodzą w relacje. Czasem pojawia się na nich autor, a w jednym pzrypadku - jego pies. Te zdjęcia wprowadzają napięcie między tym, co jest sztuczne, a tym, co jest naturalne. Sprawę komplikuje jeszcze fakt, że artysta utrwalał się w przemyślanych pozach. Przeczytałam gdzieś, że Brâncuşi wyrażał przekorne zdziwienie, kiedy mówił o krytykach sztuki zajmujących się jego rzeźbami. Sugerował, że mogliby przecież po prostu robić im zdjęcia, zamiast pisać teksty. Jak wiadomo, pisanie o sztuce zawsze budziło kontrowersje. Żeby jednak mówić o sztuce w ten sposób, trzeba ją głęboko rozumieć. Nawet wykonana fotografia może zdradzić ignorancję w tej dziedzinie. Podobno Brâncuşi podjął się fotografowania swoich rzeźb po tym, jak zdenerwował się na fotografa, który utrwalając jedną z nich, wykonaną z brązu, usunął właściwy dla niej światłocień. Fotograf tłumaczył, że chcąc otrzymać udane zdjęcie, musiał wyeliminować refleksy świetlne. Posłużył się pudrem... (Anegdotę przytaczam za tekstem kuratora wystawy, Raluki Bem Neamu, znajdującym się na stronie Królikarni.) Oglądanie fotografii nie jest oczywiście oglądaniem rzeźby. Niektórych rzeźb po prostu nie da się nawet zobaczyć tak, jak by się chciało. Fotografie w niewielkim tylko stopniu mogą promować rzeźbę, służą raczej mówieniu o niej. Czasem możliwe jest w nich tworzenie dla rzeźb odpowiedniego tła, które wzmacnia wrażenie, jakie wywiera rzeźba. Jest to też dla mnie odpowiedź na pytania, które zadawałam już tu sobie wcześniej. Można by dalej iść tym tropem i zastanawiać się, jak wygląda funkcjonowanie tych rzeźb, czy też ich zdjęć, w internecie. Nie byłabym konsekwentna w swoich rozważaniach, gdybym zamieściła dla zobrazowania tego tekstu jedną z nich. Wystawa trwa do 2 sierpnia tego roku.
poniedziałek, 20 lipca 2009
Notka na kanikułę
Kiedy wychodzę do pracy, przechodzę obok aksamitek, które posiałam za ogrodzeniem domu, od strony ulicy. Te aksamitki to jedyne, co mi się od kilku lat w ogródku udaje. Właściwie nie posiałam ich dlatego, że jakoś szczególnie lubię te kwiaty. Po prostu chciałam mieć pewność, że wykiełkują. Wybrałam, jak rok temu, wąskolistne, bo wydaje mi się, że nie występują one tak często na miejskich kwietnikach, jak aksamitki rozpierzchłe i widujemy je rzadziej. Mam w tym swój cel - chodzi o to, żeby na tej ulicy (a właściwie uliczce) było przyjemniej. Nie tylko mi, chociaż ja potrzebuję zieleni i kwiatów w drodze do pracy, inni mogą nie zwracać na to uwagi. Po pracy nie zostaje wiele czasu na pielenie, i to wśród chmar komarów. A jednak aksamitki rosną i zakwitły na bursztynowo. Po co o tym piszę tutaj? Uważam, że zadbana grządka przed domem i kultura mają wiele wspólnego. Pamiętam, jak byłam zdziwiona, kiedy przeczytałam w jednym z "Lapidariów" Kapuścińskiego fragment, który mówił o tym, że trzeba dbać o środowisko też na małą, prywatną skalę - naprawiać płoty, malować ogrodzenia itd. Od tego momentu postanowiłam kupić torebkę nasion kwiatów, których utrzymanie nie wymaga wielkich zdolności ogrodniczych. Na ostatnim roku studiów spędzałam w ogródku kilka godzin dziennie, nawet jeśli padał deszcz. (Myślę, że zajmowanie się ogrodem lub chociaż kwiatami w doniczkach dobrze łączy się z zainteresowaniami związanymi ze sztuką.) Efekt tej pracy nie robił na nikim wrażenia, bo szkoda mi było wyrywać rośliny powszechnie uznawane za chwasty. Byłam ich ciekawa i nauczyłam się dużo. Teraz jednak ogród zupełnie zdziczał. Wysiało się w nim mnóstwo nagietków (z nasion kwiatów z poprzednich lat). Zawsze chciałam, żeby w ogrodzi był dywan z nagietków, ale nie udawało mi się to - rośliny wyrastały zawsze zbyt blisko lub zbyt daleko siebie, zbyt równo bądź też nierówno, w pewnych miejscach gęściej, a w pewnych zupełnie rzadko. Jest jeszcze w ogrodzie duże drzewo, którego nigdy nie pryskane owoce są piękne, ale bardzo szybko robaczywe. Innym domownikom drzewo raczej zawadza, była nawet mowa o tym, żeby je ściąć. Sąsiedzi zerkają przez ogrodzenie na ogród i może kręcą głowami. U nich wygląda zupełnie inaczej - trawa skoszona, rośliny odpowiednio dobrane i o trwałych kwiatach. A mi się podoba właśnie tak, jak jest.
wtorek, 23 czerwca 2009
Stereotyp a kicz
Istnieje pojęcie kiczu językowego. Niedawno Polskie Radio przypomniało felieton Stefanii Grodzieńskiej, w którym zwracała ona uwagę na szczerzenie się kiczu w języku dziennikarzy. Grodzieńska mówiła o utartych, nadużywanych metaforach - w intencji autorów mają one urozmaicać tekst, ale skutkują czymś wręcz przeciwnym: banalizują go lub niepotrzebnie udziwniają. Od czasu, kiedy felieton ten został napisany, język polskich mediów bardzo się zmienił. Tendencje jednak pozostały takie same. Zresztą, niektóre z wymienionych przez Grodzieńską określeń, jak np. "kraj kwitnącej wiśni", nadal są w tekstach spotykane, a przez niektórych nawet uważane za eleganckie. Pamiętam, że Ryszard Kapuściński pisał kiedyś o istnieniu kiczu w jeszcze innej sferze - sferze naszych wyobrażeń o świecie. Kiczem nazwał on stereotyp. Wydaje mi się, że zbyt łatwo godzimy się na istnienie pewnej liczby stereotypów wśród naszych wyobrażeń o świecie. Dlatego takie postawienie sprawy może szokować albo przynajmniej uwierać. Wywodzące się z uproszczeń w postrzeganiu świata stereotypowe określenia, które gdzieś funkcjonują w mojej wyobraźni, a od których staram się uwolnić, są różne. Na pierwszy rzut oka nie wszystkie wydają się być obraźliwe. Czasem nawet przychodzi mi do głowy, że są przecież zupełnie zwyczajne. A jednak wszystkie w jakiś sposób upraszczają, przez co budzą mój sprzeciw. Przykłady? Jest dla mnie coś niepokojącego w częstym używaniu takich sformułowań jak chociażby "egzotyczne kraje" czy, zupełnie z innej beczki, "kocioł bałkański".
czwartek, 18 czerwca 2009
Podróże z Herodotem - po chińsku
Tłumaczenie "Podróży z Herodotem" Ryszarda Kapuścińskiego na język chiński, które niedawno miało swoją premierę, jest wydarzeniem skłaniającym do refleksji. Właśnie w Chinach młody Kapuściński, jako początkujący reporter, po raz pierwszy zrozumiał bezsilność obcego, niepojmującego kultury, z którą się styka i niepotrafiącego nawiązać upragnionego kontaktu z ludźmi mówiącymi innym językiem i za pomocą innych gestów wyrażającymi swoje uczucia. W "Podróżach z Herodotem" fragmenty dotyczące Chin (i Indii) to zapis porażki związanej z niemożliwością przełamania barier i porozumienia się z innymi, a tym samym - zrozumienia ludzi, których bardzo chce się poznać. Ta porażka jest ważną lekcją pokory. Młody pisarz na pewno nie przypuszczał, że kiedyś czytelnicy chińscy będą mogli przeczytać o jego podróży do ich kraju. Przekładu dokonała chińska polonistka i tłumaczka, doktor Wu Lan.
czwartek, 30 kwietnia 2009
***
Jasienica pisze o stronnikach Jana Łaskiego, którzy osiągnąwszy znaczenie dzięki poparciu Aleksandra Jagiellończyka, za czasów Zygmunta I stanowili opozycję: "(...) Jeśli chodzi o politykę zagraniczną, obóz Łaskiego - zwany niekiedy »narodowym« - żądał rozwiązania sprawy Prus i Pomorza, był należycie wyczulony na niebezpieczeństwo niemieckie. W polityce wewnętrznej popierał program »egzekucji praw«. Przecież to Łaski, jeszcze za Aleksandra, przyczynił się do umniejszenia przywilejów magnackich, podał królowi pomocną dłoń. W otoczeniu Łaskiego stawiał pierwsze kroki Andrzej Frycz Modrzewski (...) Obóz Łaskiego to za Zygmunta I opozycja polityczna! Było prawdziwą tragedią, że ci, co szczerze chcieli »poprawy Rzeczypospolitej«, musieli iść przeciwko rządowi królewskiemu, Praktyka dowiodła nieskończoną ilość razy, że długotrwałe pozostawanie w opozycji wykoleja ludzi, wdraża ich do nawykowego wykrzykiwania: »nie!«".1 Intryguje mnie ta opowieść i jej zakończenie, a także wniosek, jaki wyciągnął z niej Jasienica. 1 P. Jasienica, "Polska Jagiellonów", Warszawa 2007, s. 354-355.
poniedziałek, 06 kwietnia 2009
Rzeczy, c.d.
W ostatnim "Tygodniku Powszechnym" przeczytałam o albumie z fotografiami Andrzeja Kramarza, zatytułowanym "Rzeczy". Nie znam jeszcze tej książki. Wiem tylko, że składające się na nią zdjęcia powstały na krakowskiej giełdzie staroci - Grzegórzkach. A więc znowu rzeczy. Kolejna odsłona.
O utrwalanych na zdjęciach zbiorach rzeczy pisałam już tu: http://przeczytaneobejrzane.blox.pl/2008/07/Zdjecia-zbiorow-przedmiotow-dlaczego-tak-czesto.html http://przeczytaneobejrzane.blox.pl/2008/07/Przyszlo-mi-do-glowy-cos-takiego-ten-blog-moglby.html |